Zdobywać Wiedzę O Gazie Łupkowym

     Ostatnio zarówno w całej Polsce, jak i bezpośrednio w naszym regionie zrobiło się dość głośno odnośnie ewentualnego wydobywania gazu łupkowego. Warto zwrócić uwagę, że wokół tego tematu powstało już wiele mitów, a to głównie za sprawą mass mediów, przekazujących szczątkowe lub nieprawdziwe informacje dotyczące tego zagadnienia.

Pożądanym jest, aby społeczeństwo polskie zainteresowało się tym tematem w stopniu na tyle wystarczającym, by zapewnić sobie w miarę szeroką wiedzę o ewentualnych zyskach lub stratach ekonomicznych, tudzież zagrożeniach zdrowotnych wynikających z samego procederu wydobywania gazu łupkowego.

Po części temu celowi służą różnego rodzaju spotkania w sprawie gazu łupkowego, a te powinny mieć coraz częściej miejsce, szczególnie w okresie wzrostu zainteresowania jego wydobyciem przez wiele osób czy instytucji, również zagranicznych. Ludzie uczestniczący w tego typu spotkaniach powinni mieć oczywiście świadomość, że część z nich będzie organizowana przez tych, którzy na gazie łupkowym chcą po prostu zbić interes, dlatego będą istnieć podejrzenia, iż osoby te będą uciekać się do manipulacji i zakłamywania rzeczywistości.

Czy akurat do tej kategorii spotkań można zaliczyć te ostatnie, które na temat gazu łupkowego zorganizowała w Grabowcu i Frampolu europosłanka Lena Kolarska-Bobińska? Na to pytanie muszą już sobie odpowiedzieć sami uczestnicy tych spotkań, czyli mieszkańcy wspomnianych miejscowości. Z pewnością ważna była ich postawa obywatelska i głos, jaki zabrali w dyskusji, która jakby nie patrzeć dotyczyła ich przyszłości. Dlatego ich pytania nie mogły pominąć tak zasadniczych kwestii jak chociażby ewentualne zanieczyszczenie wody związane z wydobywaniem gazu łupkowego, a także związane z tym inwestycje.

W związku z powyższym zachęcamy do śledzenia tematu i ciągłego poszerzania swojej wiedzy odnośnie gazu łupkowego. Problemy z tym związane dotyczą wielu dziedzin naszego życia – od zdrowia począwszy, a na względach ekonomicznych skończywszy. Logiczne, iż przy tak skomplikowanym i zawiłym temacie nie można opierać swojej wiedzy tylko i wyłącznie na szczątkowym bądź nieprawdziwym przekazie mass mediów.

Dlatego z tego miejsca zachęcamy do obejrzenia poniższego filmiku, a jego przekaz radzimy potraktować, jako jeden z wielu głosów w toczącej się debacie, czy może raczej – walce interesów.

Reklamy

Przyjazne Państwo?!? Raczej Policyjne Państwo, Podkradające Państwo, Poronione Państwo!

     Posłowie chcą wprowadzić wyższe kary dla ulicznych sprzedawców, określanych w terminologii państwowej mianem „nielegalnych handlowców”. Wysokość mandatu wzrośnie nawet dziesięciokrotnie. Straż miejska będzie mogła karać grzywną do 5 tys. złotych. Przygotowana przez „Przyjazne Państwo” nowelizacja kodeksu wykroczeń wejdzie w życie już 19 listopada. Tak oto państwowi złodzieje pragną zapewnić sobie dochody kosztem najbiedniejszych. Ludzi zarabiających na życie będą wysyłać po zasiłki, nazywając to jednocześnie „walką z bezrobociem”. „Przyjazne Państwo”? Państwo, które narusza swobody obywatelskie i chce decydować o człowieku, okradając go z ciężko zarobionych pieniędzy, na pewno nie jest przyjazne.

Teraz karanie handlarzy jest utrudnione. Od czerwca zeszłego roku straż miejska nie może karać mandatami za handel. Pomysłowość państwowych złodziei jednak nie zna granic. Dlatego funkcjonariusze radzą sobie w inny sposób. Możemy poprosić sprzedawcę, by pokazał wpis do ewidencji działalności gospodarczej. Jeśli nie ma założonej firmy, to możliwy jest mandat do 500 złotych – tłumaczy w rozmowie z e-prawnik.pl Monika Niżniak, rzeczniczka warszawskiej straży miejskiej. Istnieją też inne sankcje. Przykładowo osoba, która nie posprząta za sobą, może odpowiedzieć za zaśmiecanie. Na podstawie przepisów kodeksu cywilnego ulicznym sprzedawcom można też skonfiskować towar. Odzyskują go, gdy zapłacą za jego przechowywanie. Jednakże nowe przepisy powodują, iż uliczni handlarze muszą teraz liczyć się z tym, że sąd będzie miał prawo orzec przepadek rzeczy, które były sprzedawane. Stanie się tak nawet wtedy, gdy nie będą one własnością sprzedającego.

Państwowi złodzieje żalą się jednak, że wspomniane kary nie odstraszają handlarzy. Grzywna nawet w maksymalnej kwocie jest przez nich traktowana jako koszt prowadzonej działalności – twierdzą posłowie, którzy postanowili skończyć z uliczną sprzedażą.

I stąd zmiany. Zgodnie z nimi: kto prowadzi sprzedaż na terenie należącym do gminy lub będącym w jej zarządzie poza miejscem do tego wyznaczonym przez właściwe organy gminy, podlega karze grzywny. Na stronie MSWiA pojawił się natomiast projekt nowelizacji rozporządzenia w sprawie wykroczeń, za które straż miejska może wypisywać mandaty. Dokument, który również ma obowiązywać od 19 listopada, pozwoli strażnikom nałożyć grzywnę właśnie za wspomnianą sprzedaż. Oznacza to, że uliczni sprzedawcy będą karani dotkliwiej niż obecnie. Strażnik będzie mógł wypisać od 20 złotych do 5 tys. złotych grzywny. Teraz funkcjonariusz mógł ukarać kwotą do 500 złotych. Tak więc jak widać na podstawie powyższego – państwowy aparat represji jak zwykle skoordynowany i skuteczny. Oczywiście tylko w tych aspektach naszego życia, które niosą ze sobą korzyść dla państwowych urzędników – nie społeczeństwa.

Państwowcy argumentują swoją politykę rabunkową koniecznością zapewnienia „uczciwej konkurencji”. Jest to stwierdzenie wyjątkowo bezczelne, jeśli wziąć pod uwagę, iż to właśnie państwowa biurokracja wydatnie ogranicza tą konkurencję swoją kontrolą i rozporządzeniami. Niech „przyjazne państwo” ograniczy wydatnie biurokrację i uwolni gospodarczą energię Polaków spod odgórnej kontroli, a sformułowanie „nielegalny handlowiec” czy „nielegalna konkurencja” automatycznie stracą rację bytu. Wiadomo jednak, że nie o „uczciwą konkurencję” w tym wszystkim chodzi, a jak zostało już podkreślone – o subsydia dla urzędniczych darmozjadów kosztem najbiedniejszych. Dodajmy, iż być może nawet kosztem tych najdrobniejszych handlarzy, albowiem ze znowelizowanego kodeku wykroczeń wykreślono podczas prac parlamentarnych zapis, na podstawie którego strażnik miał nie wypisywać mandatów sprzedawcom grzybów, jagód, pietruszki czy innych drobnych produktów pochodzących z ogródka lub własnej uprawy.

Przeczytaj również:

„Bez Nadzoru Państwowego Niech Nie Będzie Niczego!”

Lubelszczyzna I Jej Przyszłość

     Z najnowszych obliczeń Urzędu Statystycznego w Lublinie wynika, iż w porównaniu z 1995 r. liczba seniorów w woj. lubelskim zwiększyła się o około 41 tys., czyli o około 10 proc. Województwo lubelskie zamieszkuje obecnie ponad 436 tys. osób powyżej 60 roku życia. Jest to 20 proc. społeczeństwa. To nie wszystko. Z najnowszych prognoz wynika, iż w 2025 r. wszystkich osób po sześćdziesiątce będzie żyło w naszym województwie 27 proc.

Nie stanowi to dobrego prognostyku dla regionu, który aby mógł się rozwijać potrzebuje ludzi młodych i specjalistów w wyuczonych przez siebie dziedzinach. Niestety, ale brak perspektyw rozwoju i możliwości pracy w Lublinie i okolicach skłania wielu młodych do emigracji z Lublina, a ogólnie niekorzystna sytuacja ekonomiczna zniechęca do posiadania potomstwa. Pisaliśmy już o tym tutaj.

Jeżeli warunki rozwoju dla młodych ludzi nie ulegną w najbliższych latach zdecydowanej poprawie, a trend starzenia się regionu zostanie podtrzymany, fatalna sytuacja gospodarcza tej części Polski zostanie tylko pogłębiona.

Warto sobie również uświadomić, iż młodzież po zakończeniu swojej edukacji, a tyczy się to głównie absolwentów wyższych uczelni, chciałaby rozwijać swoje własne firmy, wpływając tym samym na wzrost gospodarczy nie tyle naszego regionu, co Polski. Według badań przeprowadzonych przez Fundację Initium swój własny biznes chciałoby rozwijać po studiach aż 78 proc. młodych. Niestety wielu z nich nie zrealizuje swoich planów, gdyż jak podają sami zainteresowani – obawiają się wysokiego ryzyka związanego z brakiem własnego kapitału oraz rozpasanej biurokracji, która zniechęca do samodzielnej działalności gospodarczej.

Źródło

To My Zapłacimy Za Błędy Władzy

     W budżecie Lublina powstała luka, która zamyka się w sumie 70 milionów złotych. W założeniach miało być 100 mln, ale ostatecznie będzie tylko 30. Jest to wynikiem błędów, jakich dopuścili się miejscowi urzędnicy, którzy nadzorowali sprzedaż działek budowlanych. Ponieważ nie udała się ich sprzedaż, a dochód z niedoszłej transakcji i tak już został wpisany do budżetu, zaczęło się kombinowanie jak załatać tą 70-milionową dziurę.

Można by rzec, iż po raz kolejny potwierdziła się stara maksyma, że państwowy nadzór wręcz generuje niegospodarność i niewydajność. Ale nieodłączną cechą tego systemu jest jeszcze inna zależność. On nie ponosi odpowiedzialności bezpośredniej, która spada na zwykłych podatników i obywateli tego państwa. Summa summarum, to nie kto inny tylko właśnie obywatele, w tym przypadku mieszkańcy Lublina, odpowiedzą za zaniedbania państwowych urzędników. Będzie to miało swoje przełożenie na gruncie spowolnienia lub całkowitej rezygnacji z planowanych inwestycji, które miały zostać sfinansowane z pieniędzy, jakich spodziewano się w budżecie miasta z niedoszłej sprzedaży działek budowlanych. Mechanizm postępowania w takiej sytuacji wyjaśnił sam prezydent Lublina, czyli Krzysztof Żuk: Spowolnimy harmonogramy części inwestycji realizowanych w tym roku w taki sposób, żeby można było za część zapłacić na początku przyszłego roku.     

Niewykluczone, iż nie obejdzie się również bez podniesienia lokalnych podatków, które i tak mają wzrosnąć w przyszłym roku m.in. ze względu na wzrost inflacji. Te obecne podwyżki byłyby z kolei spowodowane koniecznością zaciągnięcia przez miasto kredytów, które w jakimś stopniu rekompensowałyby stratę wspomnianych 70 mln.

Miasto próbuje również pozyskać pieniądze z „awaryjnej” wyprzedaży. Za działki, których nie sprzedano, wystawi na sprzedaż dwie inne parcele, którymi ponoć już zainteresowani są inwestorzy. Temu zainteresowaniu oczywiście nie ma się co dziwić. Panicznie poszukujący pieniędzy urzędnicy mogą przystać na znacznie gorsze warunki transakcji niż te, które można byłoby osiągnąć, gdyby nie istniała konieczność panicznego łatania finansów miasta. Tak więc w wyniku urzędniczej niekompetencji, przewaga jest po stronie inwestorów. Nie miasta, czyli urzędników, a tym bardziej obywateli – płacących za pomyłki władzy. Ci ostatni akurat zawsze są na straconej pozycji.

Źródło

Władza Się Bogaci I Wydaje

     Najbogatsi samorządowcy to jednocześnie prezydenci największych miast – wynika z analizy najnowszych oświadczeń majątkowych, przeprowadzonej przez „Rzeczpospolitą”.
     Osobisty majątek powyżej miliona złotych zgromadzili prezydenci: Warszawy – Hanna Gronkiewicz-Waltz (4,86 mln zł), Gdańska – Paweł Adamowicz (2,8 mln), Krakowa – Jacek Majchrowski (2,65 mln), Wrocławia – Rafał Dutkiewicz (prawie 2 mln) Olsztyna – Piotr Grzymowicz (1,6 mln), a także Poznania, Szczecina, Rzeszowa i Gorzowa Wielkopolskiego.
     Podczas pełnienia funkcji publicznej najbardziej wzrósł majątek prezydenta Gdańska. W 2005 r. był on wart ok. 73 tys. zł; w 2010 r. – już 2,8 mln zł. Adamowicz spłaca jednak ok. 1,3 mln zł kredytu. Najbardziej oryginalnie inwestuje prezydent Krakowa, który kolekcjonuje obrazy.
     Tymczasem jak podaje „Rzepa” sejm się rozrośnie. Nowy budynek ma powstać do końca przyszłej kadencji, czyli do 2015 r. Stanie w pobliżu istniejącego już kompleksu budynków sejmowych, po przeciwnej stronie ulicy Wiejskiej, gdzie obecnie jest parking dla pracowników.
     Jeszcze w tym roku ma się rozpocząć przygotowywanie dokumentacji, a w drugiej połowie przyszłego roku ma być rozpisany przetarg na budowę. Według planów Kancelarii Sejmu prace budowlane miałyby ruszyć na początku 2013 r.
     W ciągu trzech-czterech lat budynek powinien być gotowy – informuje Jan Węgrzyn, wiceszef Kancelarii Sejmu.
     Całkowity koszt inwestycji szacowany jest na 50-55 mln zł. Wraz z nowym biurowcem posłowie oraz sejmowi urzędnicy otrzymają co najmniej 16 dużych sal (każda z nich ma pomieścić minimum 100 osób), w których będą mogły pracować komisje. W budynku znajdzie się też odpowiednie zaplecze i biura oraz podziemny parking.
     Każdy, kto kiedykolwiek był w Sejmie, wie, że jak na współczesne standardy warunki do pracy nie są tu najlepsze. Sal jest zbyt mało i są zbyt ciasne. Bez tej inwestycji nie da się tego zmienić – podkreśla Węgrzyn.
     Przy okazji – my, obywatele, domagamy się lepszego życia w Polsce, tak na miarę „współczesnych standardów”, powiedzmy: zachodnich.

Komuniści Zrabowali, Żydzi Stawiają Roszczenia – Zapłacą Obywatele

     Komentując apel przedstawiciela Światowego Kongresu Żydowskiego o bojkot gospodarczy Polski za brak ustawy reprywatyzacyjnej, szef MSZ Radosław Sikorski wskazał, że polskie sądy nie rozróżniają występujących o odszkodowania ze względu na wyznanie i narodowość. Radca generalny Światowego Kongresu Żydowskiego (WJC) Menachem Z. Rosensaft w artykule zamieszczonym na stronie internetowej WJC, a przedtem, 28 marca, w nowojorskim „Jewish Week” wezwał społeczność żydowską do pozbawienia Polski „dolarów z turystyki i innych” do czasu uchwalenia w naszym kraju ustawy, dotyczącej roszczeń ofiar i ich spadkobierców.
     My nie rozróżniamy w naszym procesie restytucyjnym; sądy nawet nie wiedzą, jakie kto ma wyznanie i narodowość, i o ile wiem setki spraw skończyły się już oddaniem mienia i rekompensatami. Niezmiennie zachęcamy do korzystania ze ścieżek prawnych, które są otwarte niezależnie od narodowości czy wyznania – powiedział Sikorski dziennikarzom w Brukseli, dokąd pojechał na spotkanie z szefową unijnej dyplomacji Catherine Ashton. Czytaj dalej

„Państwo Opiekuńcze” Jest Zbyt Drogie

     Premier Danii przekonuje, że państwo opiekuńcze jest zbyt drogie. Bierze przykład z kilku europejskich krajów, w których w ostatnim czasie doszło do politycznych przetasowań i wyniesienia do władzy ugrupowań, które „socjal” postrzegają jako zachęta do zadłużania kraju.
     Duński premier Lars Loekke Rasmussen próbuje wykorzystać światowy kryzys do rozmontowania państwa opiekuńczego. Tłumaczy rodakom, że najlepiej to zrobić teraz, gdy Dania jest w dobrej sytuacji gospodarczej, bo w przeciwnym razie może ona podzielić los Irlandii. Był świat przed kryzysem i jest świat po kryzysie, a niektórzy ludzie nie zrozumieli, że musimy zmienić kierunek. Jeśli nie będzie na świecie przekonania, że sytuacja naszego kraju jest dobra, będzie to prowadziło do spadku zaufania do naszych obligacji, jak to miało miejsce w przypadku Grecji i Irlandii – powiedział Rasmussen duńskim dziennikarzom.
     Czy jednak pan Rasmussen rzeczywiście dąży do poprawy sytuacji ekonomicznej swojego kraju, czy tylko nastawił się na osiągniecie określonych korzyści z forsowania popularnej ostatnio polityki oszczędności? Raczej to drugie, skoro mówiąc o zaufaniu do duńskich obligacji jakby nie przywiązuje wagi do tego, iż system obligacji europejskich chyli się ku upadkowi, a to właśnie notabene same obligacje są jednym z czynników, które powodują zadłużanie się krajów. Jak twierdzi Peter Kurril-Klitgaard z uniwersytetu w Kopenhadze: Rasmussen przygląda się reformom w Wielkiej Brytanii oraz Niemczech i dostrzega, że mimo kryzysu jest tam pewne społeczne poparcie dla reform i świadomość, że takie kroki są niezbędne. Według sondażu przeprowadzonego dla głównego duńskiego dziennika „Berlingske Tidende” 44 proc. ankietowanych uznało, że szef centroprawicowej partii Venstre lepiej nadaje się do rządzenia niż jego główna rywalka, liderka socjaldemokratów Helle Thorning-Schmidt. Ją wskazało 39 proc. badanych.
     Wygląda więc na to, że duński premier rozgrywa tylko i wyłącznie swoją grę polityczną, a jego jedynym celem jest po prostu zapewnienie sobie reelekcji. Dąży do tego celu głosząc nośne na chwilę obecną hasła „oszczędności” i walki z państwem opiekuńczym. Coś na wzór tych wszystkich bałamutnych zapewnień premiera Tuska o ułatwieniach dla biznesu, mniejszych podatkach itp. Liczy, że w Danii powtórzy się sytuacja z kilku innych państw europejskich. Przywódca brytyjskich „konserwatystów” David Cameron pokonał w maju zeszłego roku Gordona Browna, mimo iż zapowiadał najbardziej drastyczne oszczędności od czasów II wojny światowej. Partie lub koalicje planujące cięcia budżetowe oraz racjonalizację wydatków wygrały w zeszłym roku wybory w Holandii, Czechach, a nawet uważanej jak dotąd za bastion gospodarczego „socjalu” Szwecji.