Kto Odpowiada Za Kiepską Kondycję Demograficzną Polski?

     W kraju nad Wisłą mieszka nas już tylko 37,2 mln. Wkrótce może ubyć kolejny milion.

Tak dużego ubytku ludności naszego kraju jak w ostatnich latach nie było od zakończenia drugiej wojny światowej. Okazuje się, że w Polsce żyje 37,2 mln osób, a już za pięć lat ich liczba może się zmniejszyć o kolejny milion. To zjawisko już ma poważne konsekwencje dla wskaźników opisujących naszą gospodarkę.

GUS podał na podstawie spisu powszechnego, że w Polsce mieszka 38,3 mln osób. Ale to tylko liczba osób zameldowanych w naszym kraju. Tych, którzy rzeczywiście przebywają nad Wisłą, jest znacznie mniej. Bowiem ci, którzy wyjechali za granicę i przebywają tam co najmniej rok, są zaliczani do ludności kraju, w którym przebywają. Stąd też według danych GUS obliczonych na podstawie spisu w marcu było w Polsce 37,2 mln osób zaliczanych do ludności rezydującej (rzeczywiście zamieszkałej). To oznacza, że w ostatnich latach ubyło 1,1 mln osób i jest to największy ubytek populacji od czasów drugiej wojny światowej – mówi prof. Krystyna Iglicka, demograf i ekonomista z Centrum Stosunków Międzynarodowych. To ubytek porównywalny z emigracją po stanie wojennym. Dodaje, że w związku z tym będą musiały być zweryfikowane wszystkie scenariusze rozwoju gospodarczego, społecznego i demograficznego, bo były one konstruowane przy założeniu, że jest nas ponad milion więcej.

Eksperci są przekonani, że również w przyszłości Polska będzie się wyludniać, nie tylko dlatego, że będzie się rodzić coraz mniej dzieci. Już za pięć lat liczba ludności Polski może się skurczyć o kolejny milion, do 36,2 mln – ocenia prof. Iglicka. Dodaje, że może się tak stać, ponieważ mamy do czynienia z kolejnymi falami wyjazdów Polaków za granicę i z roku na rok przybywa takich, którzy przebywają za granicą ponad rok.

Tak więc w ogólnej perspektywie konsekwencje takiego stanu rzeczy dla naszego kraju są fatalne. Ale czy powoduje to jakąkolwiek reakcję ze strony obecnego rządu? Oczywiście nie, gdyż zarówno ten, jak i pozostałe ekipy są bardziej zainteresowane celami doraźnymi i korzystnymi dla ich partii, a nie realną poprawą położenia Polaków. Władzy taka sytuacja jest niejako na rękę, gdyż masowa emigracja raz, że w jakimś stopniu eliminuje problem masowego bezrobocia, a dwa, że poprawia statystki ekonomicznego rozwoju Polski. Choć są to oczywiście tylko statystyki, które całkowicie przekłamują naszą rzeczywistość. Na przykład według opublikowanych na początku roku przez Eurostat danych, w 2010 r. PKB liczony na mieszkańca naszego kraju wyniósł 9300 euro. Jeśli jednak uwzględni się zmiany w liczbie ludności (jej ubytek), to osiągnął on poziom 9600 euro – szacuje „DGP”. Poprawi się też na przykład wskaźnik zatrudnienia, korzystniejsze też będą wskaźniki mówiące między innymi o eksporcie liczonym per capita czy też o liczbie mieszkań na 1000 ludności lub o poziomie wyposażenia gospodarstw domowych w różne dobra. I może stąd brak jakiejkolwiek chęci do przeciwdziałania spadającej liczbie Polaków, skoro dla rządzących na papierze wszystko tak ładnie wygląda?

W sumie Polska na tym traci – ocenia prof. Mieczysław Kabaj z Instytutu Pracy i Spraw Socjalnych. Bo, jak podkreśla, ci, którzy wyjechali, mogliby przyczyniać się do wzrostu zamożności naszego kraju, gdyby mieli pracę. Pożytek ten mógłby być znacznie większy od tego, jaki wynika z faktu, że emigranci przysyłają co roku do naszego kraju od kilkunastu do ponad 20 mld zł. Więcej warci byliby tu, na miejscu.

Na podstawie: „Dziennika Gazety Prawnej”

Sławomir Gródecki

Autor tej wiadomości jest działaczem Aktywu Lubelskiego Opcji Społeczno-Narodowej

Reklamy

Banda „Jedna Rosja”

     Jednym z powodów wyborczego fiaska Jednej Rosji jest to, że partia ta zorganizowana jest, moim zdaniem, nie jak partia polityczna, ale jak uliczna banda – pisze rosyjska dziennikarka opozycyjna Julia Łatynina.

Rozważmy kilka przypadków.

Pierwszy przypadek. W sierpniu 2005 roku niejaki poseł Pastuchow przyjechał do permskiej wioski otworzyć szkołę; tam na miejscu zaprowadził do pustej klasy jednego z chłopców i zgwałcił. Pastuchowa posadzili, ale nie na długo: kara, którą odbywał, polegała na zameldowywaniu się od czasu do czasu w kolonii karnej, do której dojeżdżał swoim Land Roverem, a wkrótce w ogóle został zwolniony.

Drugi przypadek – zeznania zabójców Busygina i Bragina, którzy w 1997 roku zabili niejakiego Wasilija Karelina, kandydata na stanowisko mera Gelendżyka. Przestępców złapano. Gdy zleceniodawca nie zapłacił im za zabójstwo i nie wydostał z więzienia, obrazili się i podali jego imię. Według nich zabójstwo zlecił rywal Karelina, Ozerow, obecnie, naturalnie, członek Jednej Rosji. Ozerow nie poniósł żadnych konsekwencji.

Trzeci przypadek – historia sprzedawczyni Gulnary, która w 2008 roku w Saratowie postanowiła odejść z pracy, gdyż nikt jej za nią nie płacił. W celu wyjaśnienia sprawy właściciel straganu, Władimir Owczinnikow zaprosił ją do mieszkania, w którym oprócz niego znajdował się jego znajomy, syn członka Jednej Rosji Radajewa, szefa saratowskiej okręgowej Dumy. Gulnara zeznała, że tam zaczął się prawdziwy koszmar. „Złota młodzież” nie tylko ją zgwałciła, ale też długo i okrutnie się nad nią znęcała, mówiła, że należy jej się to „za żywota”, że ją zabiją i nikt im nic za to nie zrobi. Dziewczynę uratowało tylko to, że jej przyjaciel wiedział, dokąd poszła i razem z gliniarzami wdarł się do mieszkania. A dalej było jak w filmie „Strzelec wyborowy”. Gdy tylko wyszło na jaw, że w mieszkaniu znajduje się syn posła Radajewa, od razu okazało się, że dziewczyna jest prostytutką, że „sama dała” itd.

Takich historii jest całe mnóstwo. Jeszcze jeden przykład – historia mera Astrachania, członka Jednej Rosji Sergieja Bożenowa. Za rządów tego człowieka w mieście spłonęło 60 domów wraz z 28 lokatorami – i, oczywiście, po pożarach merostwo korzystnie sprzedało zwolnioną ziemię pod budowę. 28 trupów – to więcej ofiar, niż w niektórych atakach terrorystycznych. I co? I nic. Podczas wyborów mera Astrachania w 2009 roku zwolenników rywala Bożenowa, członka Sprawiedliwej Rosji Olega Szeina zastraszano; nie tylko ze strony władzy, ale ze strony najprawdziwszych bandytów. Czytaj dalej

Upadające Firmy I Niesprawny System

     Utrzymać się w Polsce ze swoim własnym biznesem nie jest łatwo, co potwierdzają chociażby dane Eurobarometru, z których wynika, iż Polska posiada drugi, najwyższy po Hiszpanii, wskaźnik porażek biznesowych spośród wszystkich krajów UE.

Według analizy ekspertów, najwięcej upadłości lub likwidacji dotyczy właśnie małych przedsiębiorstw. Procentowo równa się to liczbie 74, podczas gdy upadłość lub likwidacja przedsiębiorstw średniej wielkości plasuje się na poziomie 15%, a w przypadku dużych firm 12%. Tylko w 2010 roku z rejestru REGON zniknęło ponad 260 tys. firm.

Dodatkową bolączką przedsiębiorców jest w takiej sytuacji złe prawo upadłościowe, w czym zawiera się m.in. przeciąganie spraw sądowych o upadłość firmy. Sprawy takie mogą trwać nawet 3,5 roku.

W związku z powyższym samoczynnie nasuwa się pytanie: czy „Przyjazne Państwo” dostrzega w tym jakiś problem dla ekonomicznego rozwoju Polski? Chyba raczej nie, skoro urzędników państwowych zajmują bardziej takie oto sprawy: http://opcja.wordpress.com/2011/11/04/przyjazne-panstwo-raczej-policyjne-panstwo-podkradajace-panstwo-poronione-panstwo/.

Dodajmy do tego kolejny przypadek urzędniczej niekompetencji i marnotrawienia środków publicznych, który wiąże się z wydaniem 1,5 mln zł na bezużyteczną platformę internetową.

Chodzi o system Rządowego Procesu Legislacji (RPL), który miał dawać zainteresowanym możliwość zapoznania się z projektami ustaw i zgłaszanymi do nich uwagami, ale też wprowadzanymi poprawkami. Zamiast tego jest duża baza z przygotowywanymi zmianami legislacyjnymi i dołączonymi dokumentami, która zamiast zwiększyć transparentność legislacji, jeszcze bardziej ten proces zaciemnia, co zgodnie potwierdzają specjaliści i znawcy tematu.