Śmierć Za Wywieszenie Biało-Czerwonej Flagi

     Rankiem 1 września 1940 r. hutnikom zmierzającym na pierwszą zmianę ukazał się widok, który podniósł ich na duchu po niemal rocznej okupacji – na najwyższym kominie Wydziału Wielkich Pieców w Zakładach Ostrowieckich (wówczas zakłady „Hermann Goring Werke”), powiewała polska flaga. Widać ją było z wielu miejsc Ostrowca. Za czyn wymierzony przeciwko okupantowi hitlerowskiemu trzech mężczyzn straciło życie w Auschwitz. Jednym z nich był Stanisław Marek Wojsławski, którego synowie mieszkają w Ostrowcu Św.
     Niemcy zażądali natychmiastowego usunięcia flagi. Przez cały dzień nikt tego nie chciał zrobić tłumacząc, że jest to niemożliwe bez zatrzymania procesu wielkopiecowego. Flaga zniknęła dopiero w nocy.
     Niemcy wszczęli energiczne śledztwo, które nie przyniosło skutku. Ogłosili, że jeżeli sprawcy nie zgłoszą się dobrowolnie, to rozstrzelają zakładników. Wtedy trzej członkowie ZWZ – Marian Gieparda, Marceli Lipiński i Stanisław Wojsławski zgłosili się dobrowolnie do gestapo.
     Przed samym powieszeniem flagi bawiliśmy się z bratem chowając się do szafy – wspomina Bogusław Wojsławski, starszy syn Stanisława. Kiedy chciałem do niej wejść było tam pełno karabinów. Jak tylko zrobiło się zamieszanie z powieszeniem flagi to zniknęły. Bogusław pieczołowicie przechowuje pamiątki po ojcu, którymi są listy z obozu i telegram o śmierci.
     W pamięci czteroletniego wówczas chłopca niewiele pozostało, niewiele też rozumiał. Przez całą okupację w domu wisiała na ścianie płaskorzeźba Marszałka Piłsudskiego. Dopiero po latach zrozumiałem dlaczego.
     Stanisław Marek Wojsławski urodził się 25 kwietnia 1907 r. w Ostrowcu. Był czwartym z ośmiorga dzieci Jana i Heleny z Ratuszyńskich. Rodzina mieszkała w Warszawie, z krótkimi okresami pobytu w Ostrowcu oraz w Jekaterynosławiu (obecnie Dniepropietrowsk) na Ukrainie, co wiązało się z profesją Jana, który był krawcem. Po powrocie z Ukrainy Wojsławscy kupili mieszkanie na warszawskiej Pradze przy ul. Środkowej 8/1, gdzie mieszkali aż do wybuchu wojny. Młody Stanisław po ukończeniu szkoły podstawowej w stolicy przy ulicy lnżynierskiej 10, 4-klasowego gimnazjum i szkoły o profilu farmaceutycznym w Warszawie, od 14 marca 1929 do 18 września 1930 r. odbywał służbę wojskową w 1. Batalionie Sanitarnym im. gen. lek. Karola Kaczkowskiego. W stopniu kaprala wrócił do Warszawy i pracował w składzie aptecznym, jako uczeń farmaceuta. Z młodszym bratem Mieczysławem zatrudniali się też w wytwórni beczek u Zgleckich na Pradze.
     W kwietniu 1933 r. Stanisław przeniósł się na stałe do Ostrowca. Zatrudnił się jako robotnik w giserni (odlewnia żeliwa) Zakładów Ostrowieckich.
     Jeszcze na Pradze zaczęli z bratem trenować boks. W Ostrowcu z grupą entuzjastów przystąpił więc do zorganizowania sekcji bokserskiej w KSZO, będąc jej pierwszym szkoleniowcem i zawodnikiem. W krótkim czasie zawodnicy sekcji zaczęli odnosić pierwsze sukcesy. Zdobywając tytuł drużynowego mistrza Lubelskiego Okręgowego Związku Bokserskiego, zespół KSZO walczył o mistrzostwo Polski. Dwukrotnie awansował do ćwierćfinałów.
     Po założeniu rodziny w 1936 r. przekazał szkolenie pięściarzy bratu Mieczysławowi. Namówiony przez entuzjastów boksu założył w Szkole Rzemieślniczo-Przemysłowej przy ZO szkółkę bokserską, a przy organizacji „Strzelec” sekcję bokserską. Organizował walki pokazowe w parku fabrycznym, w Ćmielowie i Opatowie.
     Po wybuchu wojny Stanisław pracował w Zakładach Ostrowieckich. Wstąpił do Związku Walki Zbrojnej. To on w sierpniu 1940 r. zwrócił się do dowódcy oddziału dywersji ppor. Józefa Mularskiego „Zapały” z propozycją umieszczenia flagi narodowej.
     W nocy z 31 sierpnia na 1 września 1940 r. trzej członkowie ZWZ – Marian Gieparda, Marceli Lipiński i Wojsławski, przeskoczyli przez ogrodzenie oddzielające Zakłady Ostrowieckie od ul. Kolejowej, niosąc ze sobą ukrytą flagę, uszytą przez Władysławę Nowak, siostrę Marcelego. To Marceli, jako najmłodszy, wszedł na komin. Dwaj pozostali go ubezpieczali.
     Przez 6 tygodni ten swoisty „poczet flagowy” przetrzymywany był w areszcie śledczym, zlokalizowanym w piwnicach obecnego Urzędu Miasta. Gdy matka otrzymała wiadomość o spacerze więzionych zabrała nas z 1,5-rocznym bratem Leszkiem na widzenie z ojcem. Jak się okazało ostatnie – wspomina B. Wojsławski. Patrzyliśmy na niego z okna na półpiętrze klatki schodowej, jak stał na podwórku przy pompie wodnej, a żegnając nas, pozdrawiał ruchem ręki.
     Następnie przesłuchiwano i torturowano „poczet flagowy” przez 3 miesiące w Radomiu, by w styczniu 1941 r. odstawić więźniów do KL Auschwitz. Wojsławski został więźniem numer 8507, osadzonym w bloku X, celi nr 1. Zaliczony do kategorii więźniów politycznych nie miał szans na przeżycie obozu. Po miesiącu żona Stanisława otrzymała trzy listy w języku niemieckim, pisane ręką obozowego pisarza w dniach 19 stycznia, 2 i 16 lutego 1941 r. Były one podpisane przez ojca, a ostatni z nich tylko imieniem, nakreślonym już ręką człowieka umęczonego u schyłku życia – wspomina B. Wojsławski. Ostatnim sygnałem z obozu był telegram z 20 lutego 1941 r. z godz. 20.45 zawiadamiający o śmierci ojca.
     Pozostali członkowie „pocztu flagowego” również zginęli w KL Auschwitz. Marian Geparda (ur. 25 marca 1918), nr obozowy 8501, zmarł 31 maja 1941 r. Był żonaty, nie miał dzieci. Marceli Lipiński (ur. 9 stycznia 1920), nr obozowy 8533, zmarł również w 1941 r., był kawalerem.
     Matka, jako żona więźnia politycznego, nie mogła otrzymać pracy – wspomina p. Bogusław. Dostawaliśmy głodową rentę „po zmarłym”. Byliśmy na utrzymaniu rodziny, żyjąc w ciągłym lęku deportacji do Niemiec lub obozu.
     Niestety, po wojnie wdowie z kilkuletnimi dziećmi nie żyło się lepiej. W 1948 r. otrzymała skromną rentę. Ale tylko na 20 miesięcy. Orzeczeniem weryfikacyjnym z 27 marca 1950 r. komisji przy Wojewódzkiej Radzie Narodowej w Kielcach, zostaliśmy pozbawieni prawa do zasiłku i pomocy, z uzasadnieniem, że „zmarły nie należał do demokratycznego ruchu podziemnego lub partyzanckiego”. Może gdyby matka przyznała, że ojciec należał do komunistycznej konspiracji, żyłoby się nam łatwiej, a tak to miała trudności ze znalezieniem pracy. Pomagała nam rodzina – wspomina Wojsławski. Później dzięki znajomym dostała pracę w hucie.
     W ciągu dwudziestu lat Polski niepodległej, w Ostrowcu odsłonięto wiele pomników i tablic, ulice poświęcono osobom zasłużonym dla miasta. Nie pomyślano jednak, żeby uhonorować trzech odważnych ludzi, którzy zdecydowali się na czyn mający pobudzić ducha narodowego, poświęcając swoje życie.
     Ze strony środowisk kombatanckich nie wyszła żadna propozycja, aby w jakiś sposób uhonorować „poczet flagowy” – mówi Bogusław Wojsławski. Nie chodziliśmy z bratem i nie chodzimy za tym. Wiemy, że ojciec decydując się na ten czyn nie robił tego dla sławy

Reklamy